O wiernym do końca psie z Bitwy nad Bzurą 1939

W okrążeniu

Zostali już praktycznie sami – ostatnia garstka żołnierzy z całej kompanii. Ubrani w osmalone, oliwkowozielone mundury, słaniające się na nogach cienie: ranni, ogłuszeni i wyczerpani do granic ludzkich możliwości polscy żołnierze z 14 kompanii telefonicznej 14 Dywizji Piechoty. Wczorajsza apokalipsa, gdy na stłoczone w lesie wojsko runęło ponad 300 samolotów zrzucając z nieba śmierć, była strasznym końcem ich dywizji i niemal całej armii “Pomorze”. Po okolicznych wsiach i lasach pozostały tylko rozproszone niedobitki – małe grupy odcięte od świata, pojedynczy żołnierze – uwięzieni na lewym brzegu Bzury i zajadle tropieni przez stalowe potwory z krzyżami na burtach. Tak jak oni.

Siedzieli więc w małym zagajniku czekając na zmrok – bo tylko on już pozostał ich sprzymierzeńcem – by po zapadnięciu ciemności ruszyć dalej ku rzece i dalej, ku walczącej Warszawie. On, kapral łączności, jego 7 żołnierzy z rozbitej i nikomu już teraz nie potrzebnej kompanii oraz ich najwierniejszy towarzysz. Pies. Owczarek niemiecki, z lekko klapniętym prawym uchem, cierpliwie dźwigający przez cały ten krwawy wrzesień 1939 roku wózeczek z bębnem kablowym do telefonu polowego. Teraz pozostała mu tylko “służbowa” obroża. I jego pan, który od kilku dni dzielił się z nim ostatnimi racjami suchego chleba.

Zmrok jednak nie nadszedł. Z pobliskiej wsi runął na nich grad pocisków. Zostali zauważeni – te kilka drzew było zbyt mizerną osłoną, potworne zmęczenie dawało się też mocno we znaki – nie mieli siły bądź nie zwracali już uwagi na maskowanie – czasami chciało się już tylko wstać, rzucić karabin pod nogi i wolnym krokiem ruszyć naprzeciw chmarze kul by raz na zawsze skończyć tę niewyobrażalną mękę – ponad 300 kilometrów w nogach z Wielkopolski aż tu, nad Bzurę i potem prosto z marszu w trwający już niemal dwutygodniowy, krwawy bój. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze ten jeden raz wykpić się śmierci, wykonać niewykonalny rozkaz – przebić się do Warszawy.

Ze wsi pełźnie ku nim szarozielony wróg. Do pobliskiego lasu jest kilkaset metrów. Jeśli uda się do niego dobiec przez dzielące ich pole, znajdą może schronienie. Ruszyli. Ostatnich ośmiu. Puste pole, świszczące kule, ciemna linia lasu przed nimi. Tylko kilkaset metrów, jeszcze jeden skok, chwila z twarzą w brudnej ziemi, kolejny zryw do przodu. Rżysko kipi od uderzających pocisków, znów rozpaczliwe wtulenie się w ziemię, samotny strzał oddany w kierunku wroga…  Nie udało się…

18 dnia września 1939 roku na polu pod wsią Bieliny konający z ran kapral po raz ostatni spojrzał na wrześniowe słońce które po chwili przysłoniła para bardzo smutnych, psich oczu…

pies w Wojsku Polskim 1939

Powyższa historia nie jest prawdziwa choć tak właśnie mogły wyglądać tragiczne chwile wielu żołnierzy z Armii Poznań i Pomorze, którzy w ostatniej fazie Bitwy nad Bzurą znaleźli się w okrążeniu i podczas rozpaczliwych prób przebicia się przez niemieckie linie bądź broniąc przed atakami wroga, ginęli bądź dostawali się do niewoli w okolicach Bud Starych, Januszewa, Kamiona czy Młodzieszyna.

Skąd w tej opowieści wziął się pies?

Po zakończeniu walk na polach we wspomnianych okolicach pozostawało wielu niepochowanych jeszcze poległych. O wzruszającym epizodzie związanym z poległym odnalezionym po bitwie pod wsią Bieliny opowiedział nam swego czasu, nieżyjący już Kazimierz Ksyna – darczyńca wielu eksponatów dla naszego muzeum, wielki przyjaciel naszej placówki a zarazem świadek tragicznych wydarzeń jakie rozgrywały się nad Bzurą w 1939 roku.

Ostatni obrońca

Według relacji pana Ksyny, przy jednym z poległych piechurów Wojska Polskiego siedział pies rasy owczarek niemiecki, który najprawdopodobniej do końca został przy swoim właścicielu. Żołnierz ten o nieustalonej tożsamości, zabity został na polu w Bielinach a następnie odnaleziony przez patrolujących teren żołnierzy niemieckich. Co ciekawe, gdy Niemcy starali się zbliżyć się do poległego, owczarek warczał i ujadał, nie pozwalając dojść im do zwłok swojego pana. Niemieccy żołnierze musieli być najwyraźniej pod wrażeniem tak wiernej postawy psa, bo nie skłonili się do rozwiązania problemu sposobem szybkim acz okrutnym tylko zaczęli, bezskutecznie zresztą, próbować innych metod na podejście do zwłok piechura. Po wielu nieudanych podejsciach postanowili spróbować sposobu iście niezwykłego – sprowadzili do pomocy jeńca w polskim mundurze i stała się rzecz niesłychana – pies pozwolił do siebie podejść. Dopiero więc przy pomocy polskich jeńców i mieszkańców Bielin, żołnierz został pochowany w prostej mogile na polu gdzie zginął w walce.

Wierny do samego końca

Pies nadal nie pozwalał zbliżać się do siebie Niemcom – usiłowali bezskutecznie go złapać, w końcu dali za wygraną a zwierzak został ostatecznie przygarnięty przez jednego z miejscowych gospodarzy. Pomimo dobrej opieki, pies często wymykał się z gospodarstwa. Odnajdywano go zawsze w tym samym miejscu – leżał u stóp mogiły swojego pana strzegąc do niej dostępu. Bywało, że pozostawał tam przez kilka dni –  mimo mrozu, śniegu czy deszczu. Troskliwi gospodarze przynosili mu wtedy na miejsce pożywienie.

Wiosną 1940 roku pojedyncze groby po żołnierzach z Bitwy nad Bzurą likwidowano, przenosząc szczątki poległych na zbiorcze cmentarze. Samotna mogiła na Bielinach została przeniesiona a bezimienny żołnierz został ekshumowany na cmentarz do pobliskiego Kamiona. Krótko po tym pies zaginął i mimo poszukiwań nigdy już go nie odnaleziono…

Kim był nieznany żołnierz i jego pies?

pies w służbie łączności 1939

Nieznany piechur prawdopodobnie był żołnierzem łączności – w jednostkach tych wykorzystywano psy rasy owczarek niemiecki do przenoszenia meldunków, ciągnięcia na wózeczkach bębnów kablowych telefonów polowych i noszenia gołębi pocztowych. Niemal na 100% żołnierz ów był opiekunem takiego właśnie psa a fakt, jak wiernym pozostał jego towarzysz po śmierci swojego pana nie budzi wątpliwości, że byli ze sobą bardzo silnie związani. Zachowanie psa w stosunku do Niemców każe postawić hipotezę, iż zwierze mogło być albo wyszkolone do rozpoznawania wroga bądź też, towarzysząc swojemu panu w walkach, przeżyło wiele traumatycznych chwil gdy towarzyszący mu opiekunowie ginęli z rąk “obcych” – pamiętać bowiem należy iż pies doskonale wyczuwa emocje ludzi z którymi jest związany. Jak bardzo swojemu opiekunowi ów owczarek niemiecki był oddany i jak wiele z nim musiał przeżyć najdobitniej mówi ów smutny, aczkolwiek wzruszający finał tej historii – pies pozostał z człowiekiem nawet po jego śmierci…

Jedynym całkowicie bezinteresownym przyjacielem, którego można mieć na tym interesownym świecie, takim, który nigdy Cię nie opuści, nigdy nie okaże się niewdzięcznym lub zdradzieckim, jest pies… Pocałuje rękę, która nie będzie mogła mu dać jeść, wyliże rany odniesione w starciu z brutalnością świata… Kiedy wszyscy inni przyjaciele odejdą, on pozostanie… – George G. Vest

Więcej o psach w Wojsku Polskim II Rzeczpospolitej można poczytać » tutaj

Materiał powstał na podstawie artykułu Jakuba Wojewody pt. Świadkowie września odchodzą …, “Ziemia Sochaczewska” marzec 2009 r.

Komentarze